Jak sprawdzić ruch, przychody, domenę, treści i zaplecze techniczne serwisu wystawionego na sprzedaż? Krystian Magdziarz, programista aplikacji webowych i inwestor w serwisy internetowe, układa due diligence w kolejności, która pozwala szybko wykryć wydmuszkę i nie tracić czasu na negocjacje.
Dostaje pan ofertę sprzedaży serwisu. Od czego pan zaczyna? Jest jakaś gotowa lista, czy każdy przypadek bada się od zera?
Zaczynam od odłożenia ceny na bok. Najpierw proszę o adres domeny, dostęp tylko do odczytu do narzędzia analitycznego i Search Console oraz zestawienie przychodów i kosztów. Jeśli sprzedający nie chce pokazać nawet domeny przed podpisaniem NDA, można je podpisać. Jeżeli po NDA nadal zasłania się tajemnicą, nie mam czego analizować. Zrzuty ekranu traktuję wyłącznie jako zapowiedź danych, nigdy jako dowód.
Mam listę rzeczy, które sprawdzam przed każdym zakupem, ale pierwsze przejście jest krótkie. W jednej karcie otwieram statystyki, w drugiej Search Console, w trzeciej wyniki wyszukiwania dla domeny. Ustalam, skąd przychodzą użytkownicy, które adresy generują wejścia, czy ruch jest stabilny oraz czy przychód da się powiązać z konkretnym źródłem. Potem sprawdzam, co właściwie jest przedmiotem sprzedaży: domena, treści, kod, baza użytkowników, konta społecznościowe, umowy reklamowe, skrzynki pocztowe, grafiki i prawa do nich. Samo słowo „serwis” niczego tu nie rozstrzyga.

Pierwszy samodzielny krok dla kupującego brzmi więc: poprosić o dostępy obserwatora i spisać aktywa. Drugi: porównać deklaracje sprzedającego z danymi w źródłach. Trzeci: zanotować każdą rozbieżność, zamiast od razu ją tłumaczyć na korzyść oferty. Dopiero gdy ten pakiet jest spójny, pytam o powód sprzedaży i przechodzę do głębszego audytu. Jeśli sprzedający naciska na zaliczkę przed udostępnieniem danych, kończę rozmowę.
Sprzedający pokazuje wykres z dużą liczbą wizyt. Jak odróżnić prawdziwy ruch od nadmuchanego?
Najpierw rozbijam ruch według źródła, kraju, urządzenia, strony wejścia i czasu. Ładna suma miesięczna potrafi składać się z botów, kupionych wejść albo jednego przypadkowego materiału, który już gaśnie. Szukam ruchu prowadzącego do sensownych zachowań: przejść na kolejne podstrony, wysłania formularza, kliknięcia oferty, zapisu albo transakcji — zależnie od modelu serwisu. Nie przywiązuję się do jednej metryki zaangażowania, bo konfigurację analityki można zepsuć tak samo łatwo jak sam wykres.
Ruch organiczny porównuję z Search Console. Patrzę, czy kliknięcia i strony docelowe układają się podobnie jak sesje organiczne w analityce. Sprawdzam zapytania brandowe i niebrandowe, rozkład ruchu między adresami oraz trend, a nie wybrany najlepszy miesiąc. Jeżeli większość wejść zależy od jednej frazy, jednego adresu albo jednego zewnętrznego polecenia, kupuję koncentrację ryzyka, nie stabilny serwis.
Potem otwieram próbkę najważniejszych stron. Nagły ruch z krajów niezwiązanych z językiem i ofertą, identyczne parametry wejść, jeden dominujący adres albo skok bez widocznej przyczyny to alarm. Proszę wtedy o pokazanie aktywnego raportu podczas rozmowy i zmianę zakresu dat. Statyczny obraz można wybrać albo przerobić; dane źródłowe muszą odpowiadać na kolejne pytania.
Ruch może być prawdziwy, ale przychód już niekoniecznie. Jak weryfikuje pan deklarowane zarobki?
Przychód sprawdzam od źródła do rachunku: panel reklamowy lub afiliacyjny, zamówienie albo faktura, a potem wpływ. Wybieram kilka pozycji i uzgadniam kwotę, datę, status oraz identyfikator. Dane osobowe można zasłonić. Raport musi obejmować okres pokazujący sezonowość, a nie najlepszy wycinek.
Rozdzielam przychód od dochodu właścicielskiego. Hosting, licencje, autorzy, korekta, reklama, obsługa techniczna, prowizje, zwroty i podatki pośrednie nie znikną po przejęciu. Pytam też, jaka część wyniku bierze się z pracy sprzedającego, której nie wpisano do kosztów. Jeśli właściciel codziennie pozyskuje klientów, publikuje i naprawia serwis, kupujący nabywa sobie stanowisko pracy. Powinien wycenić czas albo koszt zastępstwa.
Nie akceptuję zestawienia wpisanego ręcznie do arkusza jako jedynego dowodu. Arkusz ma uzgadniać dane źródłowe, a nie je zastępować. Gdy przychód pochodzi z umowy, sprawdzam możliwość jej przeniesienia, okres wypowiedzenia i to, czy stawka nie wynika z osobistej relacji sprzedającego. Jedna nieprzenoszalna umowa może odpowiadać za cały „biznes”. W takim przypadku prognoza po zakupie wynosi zero, dopóki kontrahent nie potwierdzi dalszej współpracy.
Co historia domeny mówi o ryzyku, którego nie widać na obecnej stronie?
Szukam zmian tematyki, właściciela, języka i sposobu użycia. Oglądam archiwalne wersje, stare tytuły oraz podstrony pozostałe w wynikach. Sprawdzam, czy domena nie służyła jako katalog przypadkowych tekstów, nie podszywała się pod markę i nie publikowała treści, których nowy właściciel nie chce firmować.
Drugim obszarem są linki. Otwieram próbkę mocnych i świeżych odnośników; sama liczba domen niczego nie dowodzi. Powtarzalne anchory sprzedażowe, obca tematyka, masowe katalogi i nagłe przyrosty wymagają wyjaśnienia. Wartościowe linki muszą nadal istnieć i prowadzić do działających stron.
Trzeci obszar to ciągłość indeksacji. W Search Console szukam ręcznych działań i problemów bezpieczeństwa, a w historii widoczności — załamań zbieżnych ze zmianą treści lub migracją. Spadek sam w sobie nie dyskwalifikuje domeny. Dyskwalifikuje ją sprzedający, który na pytanie o wyraźne tąpnięcie odpowiada „algorytm” i nie potrafi wskazać, co wtedy zmieniono. Chcę odróżnić błąd do naprawy od modelu, który przestał działać.
Załóżmy, że domena ma historię i ruch, ale połowa tekstów jest bezwartościowa. Ratować, usuwać czy pisać wszystko od nowa? I skąd brać nowe tematy?
Nie usuwam połowy serwisu jednym ruchem. Najpierw robię mapę adresów: ruch, wyświetlenia, linki, konwersje, aktualność, zgodność z tematyką oraz ryzyko prawne. Każdy materiał dostaje decyzję: zostaje, wymaga aktualizacji, łączymy go z innym, przekierowujemy albo usuwamy. Tekst słaby językowo może mieć dobre linki i odpowiadać na realne zapytanie. Tekst gładki może nie mieć żadnej wartości. Oceniam adres, nie sam styl akapitów.
Przed zakupem badam strony odpowiadające za ruch i przychód oraz losową próbkę długiego ogona. Szukam duplikacji, błędów, upychania fraz i grafik bez licencji. Sprawdzam umowy z autorami; bez dowodu przeniesienia praw wyceniam treści jak zasób o niepewnym statusie.
Nowej treści nie planuję od listy przypadkowych fraz. Zaczynam od luk ujawnionych przez obecnych użytkowników, zapytań w Search Console, pytań sprzedażowych oraz wiarygodnych źródeł branżowych. Przy serwisie wymagającym stałego monitoringu można wdrożyć narzędzia, które obserwuje źródła zamiast mnie: wskazane strony, media społecznościowe i publikacje naukowe są filtrowane pod kątem tematu, powtarzające się doniesienia są łączone, a projekt artykułu trafia do redakcji razem ze źródłami. Człowiek akceptuje wynik przed publikacją. To ważne, bo automatyczny szkic nie przejmuje odpowiedzialności redakcyjnej.
Jakie jest techniczne minimum? Co musi zadziałać, żeby w ogóle rozmawiać dalej?
Muszę móc odtworzyć serwis i przejąć kontrolę. Potrzebuję kopii plików, eksportu bazy, listy usług oraz dostępu do domeny, DNS, hostingu, kodu, poczty transakcyjnej, analityki i płatności. Sprawdzam zawartość świeżej kopii; archiwum, którego nikt nie odtworzył, jest obietnicą, nie backupem.
Testuję ścieżki krytyczne: ważne strony, logowanie, formularz, zakup lub inną konwersję, zadania cykliczne, certyfikat i przekierowania. Oglądam logi błędów. Pytam o ręczne operacje, bo czasem „automatyczny serwis” działa tylko dlatego, że ktoś co rano poprawia import.
Jeśli nie da się zrobić kopii, wskazać właściciela domeny albo opisać, gdzie działa proces generujący przychód, nie rozmawiam o cenie. Rozmawiam o uzupełnieniu dokumentacji. Brak porządku technicznego można wycenić; brak możliwości przejęcia kontroli oznacza, że przedmiot transakcji nie jest gotowy do sprzedaży.
Jakie sygnały sprawiają, że odchodzi pan od stołu bez próby zbicia ceny?
Fałszowanie danych, odmowa pokazania źródeł po ustaleniu poufności, brak prawa do domeny lub treści, przychód oparty na nieprzenoszalnej relacji przedstawiany jako gwarantowany oraz nacisk na wpłatę przed weryfikacją. Cena nie naprawia braku zaufania do danych wejściowych.
Odchodzę też, gdy kolejne wersje historii się wykluczają: ruch organiczny okazuje się kupiony, „własne” treści nie mają umów, a serwis bez obsługi wymaga codziennej moderacji. Granicą jest ryzyko prawne, którego nie da się odseparować: cudze materiały, baza bez źródła zgód, sporna marka albo zarabianie na wprowadzaniu odbiorcy w błąd. Rabat tego nie naprawi.
Niewygodne pytanie: czego nie da się sprawdzić i gdzie kupujący zawsze działa w ciemno?
Nie da się zagwarantować przyszłego ruchu z wyszukiwarki, decyzji partnera ani zachowania użytkowników po zmianie właściciela. Nie sprawdzę każdego konfliktu bez śladu w dokumentach. Ryzyko ograniczam umową, oświadczeniami i odpowiedzialnością za konkretne zapewnienia, ale nie zamienię niepewności w pewność.
Zostaje też wiedza w głowie właściciela: kontakty, wyjątki w publikacji, ręczne poprawki. Przyznaję: nie wiem, jak zachowa się każdy serwis po przejęciu. Sprawdzam więc, czy inwestycja przetrwa spadek ruchu, odejście partnera albo wymianę części treści. Oferta broniąca się wyłącznie przy idealnym ciągu zdarzeń nie jest dla początkującego.
Ile realnie zajmuje cały proces? Mówi pan o dwóch godzinach, a opis brzmi jak kilka dni. Jak wyglądało to przy największym z własnych serwisów?
Dwie godziny wystarczają na filtr, nie na zamknięcie transakcji. Sprawdzam wtedy dane, źródła i koncentrację ruchu, próbkę przychodów, historię domeny, główne treści oraz możliwość przejęcia technicznego. Pełny audyt zależy od skali, dokumentacji i praw do przeniesienia; bez konkretnej oferty nie podam uczciwej liczby godzin.
Przy serwisie dla medyków skala pokazuje, dlaczego filtr i właściwy audyt trzeba rozdzielić. Portal obejmuje przegląd prasy medycznej z kilkuset źródeł, również zagranicznych, oferty pracy, forum, publikacje naukowe, materiały wideo oraz analizy posiedzeń sejmowej komisji zdrowia. Każdy z tych obszarów ma inne źródła danych, prawa, proces redakcyjny i zależności techniczne. Przejrzenie strony głównej nie mówi, czy całość da się bezpiecznie przejąć.
Praktyczna kolejność jest taka: najpierw dwugodzinny filtr, potem pytania wynikające z rozbieżności, następnie audyt techniczny i prawny, a na końcu cena oraz warunki przekazania. W przypadku suchary.com wynik po 14 latach wyniósł 269% ROI i 11 200 zł dochodu bez bieżącej pracy, a po renowacji wartość wzrosła pięciokrotnie; przebudowa z pomocą AI — użytej do stworzenia działającego serwisu od zera — zajęła 48 godzin do produkcji. Tych liczb nie wolno przenosić na ofertę, której danych jeszcze nie sprawdziliśmy. Największy błąd to negocjować mnożnik, zanim wiadomo, co właściwie jest mnożone.
